O tym jak powstawała Chatka na 102 oraz przełomowy dla mnie moment

Rok 2020, wakacje. To nie był przypadek, że tam trafiłam. To był kolejny etap naszej podróży wzdłuż polskiego wybrzeża. Zaczęłyśmy ją kilka lat wcześniej z moimi córkami — od Międzywodzia, potem kolejne miejsca, krok po kroku, aż do Rowów.

A potem przyszła przerwa. Dziewczyny dorosły. I przestały chcieć „wakacjować” z mamą.

Do Smołdzińskiego Lasu pojechałam już tylko z Mają. I to był czas, którego nie potrafię opisać wprost, kiedy na rowerze poznawałyśmy miejsca w tym rejonie, najpiękniejszą plażę jaką do tej pory widziałam i klimat jaki tam panuje, zmieniające się w trakcie jazdy lasy, te cudowne ciągnące się po horyzont łąki o każdej porze dnia inne, dzikie zwierzęta, i… brak komercji, tłumów ludzi.

Serce dudniło mi przez cały ten czas.

I nie przestało — nawet kiedy wróciłam do domu.

Miesiąc później byłam tam znowu. Tym razem z zamiarem kupna działki. I wtedy wszystko się zaczęło.

Na początku 2021 roku ceny materiałów zaczęły rosnąć w zawrotnym tempie. Za chwilę — również usług. Mimo to w lutym dostałam pozwolenie na budowę małego domu. W kwietniu ruszyła budowa. Do stanu surowego zamkniętego doprowadziła ją miejscowa firma. Potem były jeszcze okna i drzwi. I decyzja: zaciskam pasa i robię dalej sama.

To nie jest mój pierwszy dom. Ale pierwszy, przy którym byłam naprawdę samodzielna.

Wcześniej robiłam różne rzeczy — płyty gipsowo-kartonowe, kafle, malowanie. To dało mi podstawy. I odwagę, żeby wejść w coś więcej.

Zaczęłam od murowania ścianek kolankowych. Nie będę opisywać całego procesu — to materiał na książkę. Robiłam to, na co w danym momencie miałam materiał. Uczyłam się w trakcie.

Były rzeczy trudne. I takie, które dawały ogromną satysfakcję.

Najtrudniejsze? Wełna na poddaszu. Do dziś uważam to za jedno z najbardziej nieprzyjemnych doświadczeń w całej tej pracy.

Najprzyjemniejsze? Układanie boazerii. Tu mogłabym spokojnie przyjmować zlecenia 🙂

Jeśli chodzi o pomoc — tej prawdziwej, bezinteresownej — było jej niewiele. Za daleko, za trudno logistycznie. Skorzystałam z kilku rzeczy: brama, konstrukcja ganku i zadaszenia, altanka.
Zleciłam instalację elektryczną i wylewkę. Cała reszta — w zdecydowanej większości — powstała moimi rękami.

Zawsze bliskie było mi dawanie przedmiotom drugiego życia. Chciałam, żeby ten dom powstał w dużej mierze z materiałów z odzysku. Nie udało się tak, jak planowałam. Z czasem dostęp do takich rzeczy bardzo się ograniczył. Ale jedno zostało: wykorzystywałam wszystko maksymalnie.

I to był moment, w którym naprawdę czułam radość. Pomysł — działanie — efekt. Tak powstały meble kuchenne, schody, taras, drewutnia, elewacja… Dalekie od ideału. Ale moje. I możliwe tylko dlatego, że w trakcie tej drogi zdobywałam umiejętności. I zmieniałam się.

A teraz dochodzę do miejsca, które jest dla mnie przełomowe. Przez długi czas wstydziłam się tego, że robię rzeczy uznawane za „męskie”. Nie mówiłam o tym. Nie pokazywałam tego.
Łatwo było to ukryć. O moich możliwościach wiedziało niewiele osób. I nie wszyscy do końca w to wierzyli.

Dzisiaj już tego nie ukrywam. Bo to, co kiedyś było dla mnie powodem do wstydu,
stało się powodem do dumy. Nie dlatego, że coś komuś udowodniłam. Tylko dlatego, że zrobiłam to dla siebie. Stworzyłam sobie miejsce, w którym czuję się bezpiecznie. Po swojemu.

A o tym, gdzie jestem dzisiaj — opowiem innym razem.