Podróż zmiany – nowy początek – obecnie
To kolejny nowy początek w moim życiu. To zdanie brzmi trochę jak codzienne zakupy w sklepie 🙂
Ile już ich było – nie zliczę. Ale ten jest jednym z większych. Ważniejszych. Czuję to teraz, z perspektywy czasu i doświadczeń.
Kiedyś te początki były zwykle wymuszone przez okoliczności – nagłe, chaotyczne, różne: mniejsze i większe. Owszem – trudne, bolesne, ale bez głębszych wglądów.
Bo zazwyczaj, gdy zderzamy się z czymś nieoczekiwanym – czymś, co burzy nasze utarte ścieżki i przyzwyczajenia – buntujemy się. Wpadamy w złość, w cały wachlarz emocji. Robimy wszystko, żeby było „jak zwykle”, często bez zastanowienia, czy mamy na to wpływ. Wyczerpujemy się.
Czasami się udaje. A czasami nie. Kiedy się udaje – niewiele się zmienia. Kiedy się nie udaje – zmienia się wszystko. I bywa różnie.
Może właśnie dlatego zmiany są takie straszne. Wychodzimy z tzw. strefy komfortu – to pierwszy krok w nieznane. Do miejsca, w którym nie mamy jeszcze wydeptanych ścieżek. Nie wiemy, co się wydarzy, dokąd nas to zaprowadzi. Czasem się miotamy, walczymy z rzeczywistością albo wpadamy w bezsilność.
To zrozumiałe. Lęk nie jest wygodny. Ale niesie ze sobą informacje – o czym kiedyś nie wiedziałam.
W moim przypadku to właśnie bezsilność często stawała się początkiem zmiany. To był proces – ale chaotyczny, bez głębszego rozpoznania siebie. Najpierw był stan zawieszenia – jakby w próżni. Czas na ochłonięcie i pogodzenie się z sytuacją. Z czasem wracałam „na ziemię”, podejmowałam decyzje i zaczynałam działać.
Zazwyczaj chciałam jak najszybciej wrócić do komfortu, poczuć ulgę. I wtedy: „Hurra! Udało się. Jest prawie tak jak było. A nawet lepiej”.
I to „lepiej” faktycznie często było lepsze… Ale tylko na chwilę. Bo nadal dotyczyło tej samej, znanej strefy komfortu – bardzo wrażliwej na zmiany. A to prowadziło do kolejnych kryzysów.
Zmieniamy się każdego dnia – tylko nie zawsze to widzimy. Dopiero z czasem coś zaczyna być zauważalne. A i wtedy nie zawsze chcemy to dostrzec. Ja też długo nie chciałam.
Aż w końcu coś we mnie pękło. Z jakiegoś powodu przestało mi zależeć na byciu „Panią Inżynier”, na byciu lubianą przez wszystkich, na dopasowaniu się do wyobrażeń „ulicy”.
Przypomniałam sobie, co kiedyś naprawdę mnie karmiło – i co gdzieś po drodze porzuciłam. Poczułam, jak bardzo za tym tęsknię. Jak bardzo jestem głodna wolności. Od tego, co zabiera mi czas i energię, dając tylko iluzję szczęścia.
Zaczęłam pragnąć życia w zgodzie ze sobą. Uwierzyłam, że wtedy może być lekko. Że wtedy naprawdę się żyje.
Te myśli nie dawały mi spokoju. Czułam, że nadchodzi zmiana.
I tym razem postanowiłam się na nią przygotować – nie czekając, aż życie zrobi to za mnie.
Zaczęłam od porządków. Materialnych i mentalnych. Przyjrzałam się finansom – żeby uprościć życie. Zaczęłam porządkować przestrzeń – mimo, że uważałam się za minimalistkę, odkryłam wiele zaskakujących rzeczy. Eksperymentowałam z własnym ogródkiem warzywnym.
Pojawiło się też silne pragnienie życia bliżej natury. Bo choć mieszkałam „na wsi”, to była raczej sypialnia miasta. To nie było to.
I krok po kroku zaczęłam wcielać te decyzje w życie. Nie miałam wtedy pojęcia, jak bardzo wszystko się zmieni.
Sprzedałam dom. Kupiłam mieszkanie w mieście – bliżej szkoły mojej córki. Spłaciłam zobowiązania wobec banku. Remontowałam. Podjęłam tymczasową pracę na etacie.
I już prawie wróciłam do starej, „lepszej” wersji komfortu… Gdyby nie kolejna trudna sytuacja, która przypomniała mi, dokąd tak naprawdę zmierzam.
Przeprowadziłam się ponownie. Tym razem – do Chatki na 102.
Dom był w trakcie budowy. Wcześniej przyjeżdżałam tam tylko na kilka dni, więc postępy były niewielkie. Wszystko przyspieszyło, kiedy zamieszkałam tam na stałe.
Ten czas pamiętam jako głęboką autoterapię. Byłam sama ze sobą. I z pracą, którą wykonywałam własnymi rękami. Ile się wtedy o sobie dowiedziałam – zostawię na razie dla siebie 🙂
Nie było łatwo. Ale dziś mieszkam spokojnie, skromnie, w cieple. Przyzwyczajam się do nowego życia. Kończę już prace – zostało kilka rzeczy na zewnątrz. To domknięcie pewnego etapu.
Przygotowanie na to, co dalej.
Bo dalej też będzie się działo.
Ale już inaczej. Nie tylko sama dla siebie.
Ta zmiana jest inna. Bardziej świadoma. Bardziej osadzona. Widzę różnicę między tym, co było kiedyś, a tym, co jest teraz. I to daje mi poczucie wolności. I odpowiedzialności za własną drogę.
A razem z tym – rośnie też moja świadomość.